sobota, 22 czerwca 2013

Zapach dymu. Wspomnienie.
To było dawno, dawno temu, bo jeszcze w dwudziestym wieku. Zbliżały się Święta Wielkanocne, które wbrew rodzinnym tradycjom postanowiłam spędzić w górach. Wybrałam Tatry. Wyruszyłam, jak to wtedy bywało, pociągiem do Zakopanego, potem piechotą do Kuźnic i zielonym szlakiem w stronę Murowańca. Zapomniałam, a może zlekceważyłam świadomość, że marzec, Tatry.... to jeszcze śnieg i nie całkiem długi dzień. Więc zaskoczył mnie zmrok, na całe szczęście już  powyżej granicy lasu, gdzie do zielonego szlaku dochodzi żółty, przez Jaworzynkę.  Szlak był  opustoszały i jeszcze zaczął delikatnie prószyć śnieg. Wiedziałam, że do schroniska nie jest już daleko, ale było ciemno, zimno, pusto. Otuchy dodawała mi infantylna świadomość, że kiedyś będą to wspominać w kategorii przygody. Miałam pierwszą w życiu czołówkę- tyle, że z lichą baterią. Więc ją zapalałam, gasiłam, pokonywałam  z pamięci kilka metrów i tak przez około godzinę, może dłużej. Wiedziałam, że, w górach nie spotkam złych ludzi więc się nie bałam,  ale przypomniały mi się schroniskowe opowieści  turystów o misiu- Kubie, który kiedyś przerwał sen zimowy, by buszować po spiżarni schroniska na Kondratowej. No i tak człapałam po kilka metrów i zastanawiałam się, czy taki miś byłby moim widokiem zaskoczony. Humoru mi to jednak wcale nie poprawiło- najnormalniej w świecie bałam się spotkania z niedźwiedziem!!!! I tak myśląc o własnym strachu, piramidalnej głupocie i cieście, które pewnie już pięknie pachniało w rodzinnym domu.... poczułam zapach dymu- cudowny, subtelny, taki znikąd zapach dymu!! Schronisko jest  trochę ukryte przed światem, ale zapach był coraz wyraźniejszy. Aż w końcu dostrzegłam światełko. I to był Murowaniec. Jak stanęłam w drzwiach jadalni/ sali biesiadnej podszedł do mnie goprowiec i spytał, czy nazywam się Krzysztof jakiś tam. Jaki Krzysztof?- przecież od zawsza byłam babą, więc skąd Krzysztof!!!?? Zrozumiałam, jak zobaczyłam swe odbicie w szybie- byłam jednym wielkim bałwanem z obrzydliwie czerwonym nosem. Na całe szczęście ów tajemniczy Krzysztof wszedł po chwili do schroniska, wyglądał bardzo podobnie do mnie- drugi bałwan! Tyle, że o niego się martwili, bo nie wrócił ze szlaku i już mieli wychodzić go szukać, a o moim istnieniu nikt przecież nie wiedział. Połączyła nas nasza wspólna niefrasobliwość i Święta spędziłam z Krzysztofem i jego przyjaciółmi.
(dziś, po latach, przez przypadek znalazłam o nim artykuł w internecie- jest świetnym plastykiem, zajmuje się i filmem- jakies nagrody, splendor, gratyfikacje- ciekawe, czy pamięta swój spacer pod Zawrat zimą).
W poniedziałek wielkanocny Krzysztof i przyjaciele wpadli na pomysł, żeby się przemieścić do jakiejś bacówki na jakąś polanę- nazwa wtedy nic mi nie powiedziała, ale, że ludzie byli sympatyczni i zapraszali na przygodę- poszłam z nimi- i okazało się, że nie tylko ja jestem taka nieodpowiedzialna. Tą polaną okazała się Polana Rusinowa, oddalona o kilka godzin marszu latem. A zimą... nieprzetartym zupełnie szlakiem... zapadaliśmy się prawie po pas, byliśmy przemoczeni, zmarznięci i głodni. Mieliśmy co prawda jakieś konserwy, ale nikt nie miał otwieracza, ani nawet noża, który by je pokonał. 
Ostatni etap wędrówki pamiętam dokładnie- szliśmy przez Gęsią Szyję, z której na Rusinową zjeżdżaliśmy już na d....- bo tak nam już było wszystko jedno.I znowu poczułam cudowny zapach dymu! Bacówka była blisko. Malutka, bez wygód, z jedną małą kozą, która ciepła dawała niewiele, ale pozwalała na zagotowanie wody, Za to pełna ludzi!!! Przyjaznych ludzi, którzy wydawali się być nardziej cieniami w nikłym płomyku świecy. Ugościli nas natychmiast grzańcem z kultowej wtedy Sangrii i makaronem z dżemem truskawkowym. Posiedzieliśmy przy tej kozie, ktoś miał gitarę i więcej Sangrii. Światła wielkiego miasta, cała hektyka dwudziestego wieku były wtedy pojęciem irracjonalnym. Noc spędziliśmy dzieląc się kilkoma jeszcze suchymi śpiworami- więc bardzo przytulnie, pomimo kilkunastostopniowego mrozu.
Rano cienie z bacówki nabrały kształtów i imion. Szczególnie pamiętam Wacka alias Grzegorza z Warszawy, który grał na gitarze, przepięknie interpretował piosenki Stachury i ciągle się uśmiechał......

Po kilkunastu latach pojechałam w Bieszczady i podczas wycieczki fotograficznej szlakiem starych cerkwi, niedaleko Czerteży dopadł mnie rzęsisty deszcz i już miałam biec w stronę auta, gdy poczułam zapach dymu. Jakby odruchowo skierowałam się w jego stronę i natknęłam się na niewielki szałas, gdzie ktoś gazdował latem żyjąc z produkcji serów owczych, czy też kozich- nie pamiętam. W tym szałasie schroniło się kilkanaście innych osób. Deszcz padał i padał, my siedzieliśmy skuleni wkoło małego paleniska..... Nikt się prawie nie odzywał, nikt nikogo niczym nie częstował, nikt się nikomu nie przedstawiał. 
Deszcz ustał i powoli opuszczaliśmy szałas i gospodarza. Na zewnątrz, pośród szałasowych gości rozpoznałam Wacka alias Grzegorza. Nie miał gitary. I nie miał już w sobie niepoprawnego optymizmu.
 Każde z nas poszło w stronę własnego samochodu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza