środa, 19 listopada 2014

Dla Joasi...

Taki wieczór... już fajnie jesienny, deszczowo - wietrzny...
Malowałam, malowałam... i na tych malowaniach przeróżnych  mijały mi całe lata. Od wystawy do wystawy, od sprzedanego obrazu, ikony do płacenia zaległych najczęściej rachunków. Czasem tłumaczyłam jakieś teksty z różnych języków. I też płaciłam rachunki. Potem znowu wracałam do malowania. Z czasem ikony prawie wyparły inne gatunki malarstwa. Im częściej słyszałam, że z malarstwa nie można wyżyć- tym chętniej tworzyłam. Przyjaciel mój (nasz) bliski powtarzał mi często: "semper in altum"!! I ilekroć przychodziły do mnie wezwania do zapłaty, tym głośniej i wyraźniej słyszałam jego słowa!!!
Po trzecim rozwodzie zmieniłam mieszkanie. Po raz kolejny zresztą. Urządziłam dzieciom po niewielkim pokoju, sama zadomowiłam się z sypialnią i pracownią w największym. I po raz kolejny startowałam od poziomu zerowego. Po małżeństwach zostały mi niewielkie alimenty na młodszego  syna, ojciec starszego nie poczuwał się, a ja byłam zbyt leniwa, żeby szarpać się z nim formalnie. Musiałam więc znowu malować, płacić z poślizgiem rachunki i bytować na jakimś w miarę podstawowym poziomie z dwójką dzieci. Ale to "semper in altum" brzmiało wyraźnie.
Okres ten mimo wszystko wspominam bardzo sympatycznie. Z dwójką byłych już znajomych spędzałam wolne chwile na dbaniu o zdrowie.... kilka razy w tygodniu bywaliśmy na basenie, siłowni, piliśmy naturalne soczki... nawet palenie mocno ograniczyłam. Nie mając już moralnych małżeńskich zobowiązań prowadziłam sobie życie podzielone pomiędzy dzieci, malowanie, sport i rekreację oraz wieczorne rozmaite rozrywki. Po kilku miesiącach dojrzałam do tego, że dzieci mogą na kilka godzin wieczorem zostawać same w domu- zaczęłam więc "plątać" się po klubach muzycznych.... I tak słuchając, słuchając muzyki doszłam do wniosku, że jest to możliwość ubarwienia swojego życia o inny wymiar artystyczny. Poznałam kilku muzyków, zaprosiłam ich do siebie na muzyczną kolację... i po miesiącu wystąpiłam po raz pierwszy dla publiczności!
Po kilku miesiącach przyszedł mi do głowy pomysł zorganizowania w Piwnicy Pod Baranami wieczoru sztuk różnych o tematyce żydowskiej. Napisałam trochę tekstów, quasi scenariusz, zaprosiłam artystów do współpracy... Goście nie zmieścili się na widowni!!! CUD. Ale to był kolejny dowód na "semper in altum". Pół roku po udanej prapremierze w Piwnicy kupiłam (na kredyt oczywiście) dom do remontu, a miesiąc później wyszłam za mąż za wspaniałego człowieka i pianistę!
Zamiast dostosować zaistniałe wnętrza do zamieszkania, rozgrzebałam całkiem poważny remont. I znowu musiałam koncentrować się na malowaniu- bo prócz "zwykłych" opłat doszły niebagatelne raty kredytu i koszty irracjonalnego remontu. wyburzyłam dwie ściany, postawiłam nową, zerwałam podłogi pcv, by na ich miejsce nabić dechy. Rozwaliłam piece, bo kominek wydał mi się bardziej romantyczny. Do domu doklejony był cuchnący chlewik z zapadniętym dachem, który po kilku miesiącach stał się integralną częścią domu (dziś jest pracownią muzyczną męża). Jakby było mało- kupiłam kilka kubików desek i po raz pierwszy w życiu zajęłam się stolarką. Dziś mogę siedzieć na ławie własnej produkcji przy własnej produkcji stole, a żarcie przygotowuję na własnej produkcji ciągu kuchennym. O łóżkach i szafie nie wspomnę! Co nie znaczy, że przestałam malować. Bo koszty życia w remontowanym permanentnie domu na kredyt, z dwójką dzieci na utrzymaniu jakoś dziwnie rosły. Ale malowania jednak było mało, zaczęłam więc regularnie występować, początkowo w duecie z mężem- pianistą, potem w większych składach muzycznych.  Powoli dość miałam wykonywania coverów, zaczęłam więc pisać teksty, prosząc o napisanie muzyki znakomitego kompozytora Andrzeja Zaryckiego. I jak już miałam i teksty i muzykę- pisałam scenariusze spotkań muzycznych i do dnia dzisiejszego udało mi się zrealizować trzy premiery. I zagrać później te spektakle w różnych miejscach. Nawet w zawodowym teatrze- o czym nigdy nie marzyłam. (W styczniu 2015 roku mam wystąpić w Filharmonii Podkarpackiej, co będzie chyba dla mnie najpoważniejszym artystycznie wyzwaniem).
Jakby mało było malowania i muzykowania, pisania tekstów... postanowiłam dokończyć swoją edukację konserwatorską i rok temu obroniłam pracę habilitacyjną.
Od zawsza cierpiałam na kompleks niedouczenia- skończyłam więc wszystkie etapy kursu jidysz- pozostał mi tylko Uniwersytet w Jerozolimie (ale to już korespondencyjnie). Teraz z młodszym synem uczęszczam na kurs hebrajskiego. W lutym 2015r wybieramy się do Izraela na dokształcanie języka i na serię występów muzycznych. I ciągle mam w uszach przyjacielskie "semper in altum" !!!!

Mogłabym pisać i pisać jeszcze. Ale po dzisiejszej komputerowej rozmowie z moją jedyną Przyjaciółką jaką w życiu miałam, która rezyduje gdzieś daleko za oceanem i mam nadzieję, że tylko na chwilę zgubiła sens dnia zwykłego.... Joasiu Kochana!! Tobie dedykuję takie resume ostatnich sześciu lat mego życia z przesłaniem, które też słyszałaś od Tomka -  "semper in altum" Da się!!!!.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza